sobota, 5 czerwca 2010

Festiwalowy krach

Poprzedni rok mimo kryzysu obfitował w festiwalowe wydrzenia muzyczne, eventy i koncerty gwiazd. W tym roku, z różnych przyczyn, nie tylko finansowych, przyjdzie nam się obejść bez kilku eventów.

Pod znakiem zapytania stoją koncerty Eska Hity Na Czasie. TVP2 wycofała się ze współorganizowania tej imprezy. Mamy czerwiec i radio Eska również nic nie wspomina o tym evencie. Czyżby hity na czasie przestały być na czasie albo brakło miast, które chciałyby mieć tą imprezę u siebie i są w stanie dorzucić kilkaset tysięcy złotych a jej zorganizowanie?

Festival Top Trendy, czyli wymyślona przez Telewizję Polsat formuła w tym roku się odbyła. Jednak z powodu remontu Opery Leśnej (o zgrozo! nareszcie!), koncerty odbyły się na sopockim hipodromie. Dało się zauważyć, że to nie jest najlepsze miejsce eventowe... może po prostu człowiek przyzwyczaił się do leśnej, wytłumionej scenerii? W każdym razie Polsat oświadczył, że zrobi wszystko, by widzowie jak i goście festivalu Top Trendy nie odczuli wszędobylskiego kryzysu ekonomicznego. Czy to się udało? Impreya nie miała wielkiego rozmachu, natomiast samo to, że się odbyła może świadczyć o tym, że Polsat kryzys ma gdzieś i nie będzie odwoływał największego swojego plenerowego przedsięwzięcia jak inni. Należą się brawa. A poziom to już osobna sprawa. Wiele zrobiono, by w społeczeństwie wypracować przekonanie do idei eventu i że ma on rację bytu pośród wielu innych muzycznych wydarzeń. Brak konkurencyjnych imprez na pewno pozytywnie wpłynął na utrwalenie tej świadomości.

Sopot Festival w zeszłym roku po raz ostatni zorganizował TVN. Kupił prawa do tego festiwalu kilak lat temu, zrobił z niego komercyjną sieczkę, napaskudził w piaskownicy i... rzucił zabawki, strzelił focha i zostawił wszystko. Pozostawił wrażenie kolorowego jarmarku w jak najgorszym tego słowa znaczeniu i - dziwne to - ale trzeba przyznać rację chyba TVP, że może i ich pomysł na festiwal był nieco archaiczny, ale jednak najważniejszy w nim był ów słowik. Konkurs. Dużo polskiej muzyki w międzynarodowym towarzystwie. Choć "stary" Sopot Festiwal był takim właśnie towarzystwem wzajemnej adoracji artystów i wspominania czasów komunistycznej świetności. No było jak było, ale co będzie?! W zeszłym roku wiceprezydent Sopotu Wojciech Fułek mówił, że kliknij. Zobaczymy więc jak to będzie i czy będzie w ogóle. Stawiam, że nie będzie nic i wszystkie wysiłki skupią się na spektakularnym otwarciu Opery Leśnej w przyszłym roku.

Sopt Hit Festivalu też nie będzie. Ten sam powód, o którym pisałem na początku. TVP2 i Radio Eska przeżywają dołki finansowe.

A do tego wszystkiego dochodzi festiwal Eurowizji, który mimo tego, że w przyszłymroku odbywał się będzie u naszych zachodnich sąsiadów, Polska prawdopodobnie nie weźmie w nim udziału. Ku uciesze tych, którzy twierdzili, że powinna się wycofać dawno, daaawno temu.

Posucha panie.

Rebirth

Witam po bardyo dugiej nieobecności spowodowanej licznymi, innymi obowiązkami. Bycie członkiem Zarządu Fundacji Mam Marzenie to niełatwa sprawa, a chcąc się z tego wywiązywać jak najlepiej, potrzebne było skupienie się na kilku rzeczach.

Wcoraj rozpocząłem proces porządkowania swojej skrzynki mailowej, i... natrafiłem na maile sprzed 8 lat! Aż trudno uwierzyć, że wtedy już posługiwałem się Internetem hehe. A jednak! Kasując więc i brodząc w świecie elektronicznych wspomnień, postanowiłem zająć się tematami zaprzeszłymi, by dokonać ich analizy lub odświeżenia. Wiele z nich jest nadal aktualnych, więc myślę, że może to być ciekawa lektura.

Zapraszam

czwartek, 25 lutego 2010

Bezpośrednie połączenie Radzieje - kosmos



Mieszka na wsi, ma 16 lat i chodzi do gimnazjum. Rafał Grochala - zaprojektował strato-szybowiec, który wkrótce chce wysłać niemal na krawędź kosmosu. Maszyna wyposażona w zaprogramowanego autopilota ma sama wrócić na ziemię
- tak materiał o niezwyczajnym nastolatku spod Węgorzewa rozpoczęły Fakty TVN. Czy będzie równie znany jak Mirosław Hermaszewski? Czy Polska zacznie jeszcze bardziej liczyć się w badaniach kosmosu? Czy współcześnie łatwiej nam realizować swoje marzenia?

ZOBACZ WIDEO

A skoro już mowa o marzeniach...:

niedziela, 7 lutego 2010

Łódź jak El Ej


Trzecie pod względem wielkości miasto Polski, Łódź, rozpoczęła oficjalnie "wyścig" o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Czemu w ogóle bierze w tym "wyścigu" udział? Otóż wiąże się z tym niemały prestiż, niemałe dofinansowanie działań kulturalnych środkami finansowymi Unii Europejskiej oraz możliwością promowania na szeroką skalę życia kulturalnego danego miasta i regionu.

Proces wyboru Europejskiej Stolicy Kultury przez Radę UE wygląda następująco:

- Unia na 10 lat przed rokiem, na który wybierać będzie ESK ogłasza nazwy dwóch państw, których miasta będą miały szansę na ten tytuł,
- na 9 lat przed ww. rokiem (w przypadku Polski miało to jednak miejsce w 2009 roku) miasta z dwóch wybranych przez UE państw zgłaszają swoje kandydatury,
- w 2015 roku Unia Europejska wybiera po jednym mieście z każdego z wcześniej wytypowanych państw ogłaszając je Europejską Stolicą Kultury.

Do tej pory tylko Kraków dostąpił tego zaszczytu zostając ESK w roku 2000. Wówczas nie odbywał się wewnętrzny konkurs - miasto wybrał rząd.


Ale wróćmy do Łodzi. Oprócz niej chęć na zostanie ESK w 2016 roku mają: Białystok, Gdańsk, Katowice, Lublin, Poznań, Szczecin, Toruń, Warszawa i Wrocław. Konkurs jest dość ważny, bo następny rok, w którym polskie miasta będą mogły walczyć o wspomniany tytuł, to dopiero rok 2028! Wspólny cel i dobro zjednują polityków różnych ugrupowań, którzy na co dzień częstują się cierpkimi komentarzami i wytykają niekompetencję. Abstrahując jednak od tego, chciałbym skupić się na pewnym elemencie promocji Łodzi jako ESK, a mianowicie na symbolu litery "Ł" zbudowanym z trzec palców dłoni, ułożonych pod odpowiednim kątem.



Na pewno uwagę zwraca świetny podkład muzyczny w wykonaniu łodzkiej grupy Kamp! (posłuchaj). Także dobrej jakości film promocyjny wyprodukowany przez Smart House Film Production (choć wstawki w postaci wypowiedzi łodzian są bardzo złej jakości - szczególnie fonicznej, a sama prezentacja symbolu "Ł" mogłaby być bardziej wystylizowana). Interesujący jest natomiast sam pomysł, prosty koncept uczynienia marki, symbolu z czegoś, co większość z nas ma, może go wykonać - z rąk. Oczywiście to nigdy nie będzie znakiem, logo projektu, bo każdy z "utworzonych" symoli będzie różny. Nie da się opracować jednego wyglądu chronionego prawem.

Pytanie jednak, czy taki pomysł, zaczerpnięty z przedmieść i podziemia Los Angeles jest dobrym krokiem?



Pojawiają się również sygnały, że to zbyt odwazny i kontrowersyjny krok, bo kojarzący się także z gestem stadionowych chuliganów, serbskich nacjonalistów a nawet samego Hitlera. Tak daleko może bym nie sięgał. Jednak użycie "ręcznego" symbolu do wytworzenia pewnej subkultury łodzian i wspólnej ich identyfikacji to ciekawy zabieg, który na pewno spotka się z życzliwością młodzieżowej reprezentacji miasta. Jeśli jednak będąc w Łodzi zobaczę, ze nawet staruszka wie, co ułożone w kształt litery "Ł" palce oznaczają... będę pod wielkim wrażeniem.

Co do samego logotypu Łodzi w kontekście ubiegania się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury, to jest ona bardzo dobre - kolorowe, złożone z dużych, ciężkich liter a jednocześnie czytelne, nieuczesane" co przywodzi na myśl włokiennicze tradycje i wielokulturowość (w Łodzi odbywa się Festiwal Czterech Kultur mający przypominać, że w tym mieście żyły obok siebie cztery narody: polski, żydowski, rosyjski i niemiecki. miasta. Autorem jest Adam Brodzki.

źródła pomocnicze: Wikipedia

piątek, 18 grudnia 2009

W co się bawić, w co się bawić? część I


Zaczynamy. Kilka rzuconych z głowy propozycji imprez, któe można z powodzeniem myślę zorganizować w Olsztynie. Propozycja numer 1:

- coś letniego, coś muzycznego: Festiwal w Sopocie nie jest już nazywany Interwizją, coraz mniej tam polskiej muzyki, formuła KFPP w Opolu też się zdewaluowała, a właściwie zreformowała w nieciekawą stronę... i chociaż Olsztyn nie ma (i to jest straszna bolączka...) miejsca koncertowego z prawdziwego zdarzenia (olsztyński amfiteatr nie byłby w stanie pomieścić uczestników wydarzenia muzycznego na ogólnopolską skalę), to można pokusić się o zorganizowanie czegoś właśnie na kształt Interwizji - czyli konkursu wykonawców muzyki polskiej. Nie pozwólmy zalać naszego kraju zagranicznymi produkcjami - u nas też jest mnóstwo ciekawych, utalentowanych i wartych uwagi zespołów czy wokalistów. Dajmy im szansę.

Co do formuły: mamy 16 wojwództw, na olsztyńskiej Interwizji występowaliby przedstawiciele każdego z nich. Najpierw odbywałyby się lokalne eliminacje (najlepszym wyjściem jest wejście we współpracę z Polskim Radiem, które w każdym z województw ma swój oddział - to oni zajęliby się wyselekjonowaniem reprezentanta/reprezentantów swojego regionu spośród wszystkich zgłoszonych) w poszególnych województwach, a w Olsztynie, na scenie Amfiteatru im. Czesława Niemena (bo nieprędko będzie jakaś alternatywa) wystąpiliby Ci najlepsi. Spośród nich oczywiście wybieranoby zwycięzców. Może udałoby się połączyć tą imprezę z krajowymi preselekcjami do konkursu Eurowizji...? Dziś są to widowiska telewizyjne, odbierające widzom możliwość interakcji i wykluczające wielką dozę emocji jaka pojawia się podczas takich konkursów prowadzonych na żywo, w plenerze.

Takiego konkursu, z takimi zasadami w Polsce nie ma. Byłaby więc szansa na wyróżnienie się w kraju - prawdopodobnie skuteczniejsze niż festiwal serów i latawców. W Olsztynie "odkrywalibyśmy" talenty polskiej muzyki, obiecujących artystów, którzy wybierani są przez nas, nie przez wywołujace zawsze wielkie kontrowersje jury. Nagrodą mogłaby być statuetka św. Jakuba (choć to zbyt banalne i kojarzące się z opolską Karolinką) lub złoty kormoran - w końcu to symbol Warmii i Mazur.

czwartek, 10 grudnia 2009

Imprezowy Olsztyn



Fatima - było i nima ;-) Olsztyn to przykład znakomicie wyrzucanych w błoto publicznych pieniędzy. Szczególnie w sferze reklamy i promocji miasta. Eskadra za grube setki tysięcy przygotowała o kant wiadomo czego potłuc strategię promocyjną wraz z logotypem miasta. Jej pracownicy, którzy są podobno elitą kreatywną naszego kraju wymyślili trzy "wielkie, huczne i przyciągające turystów nad Łynę" imprezy: przywitanie wiosny, festiwal serów i festiwal latawców. Większość olsztynian rwała sobie włosy z głowy i chwytała się za nie niedowierzając i załamując się tymi propozycjami. Nic dziwnego, losowo zapytanych 100 przechodniów z dużą dozą prawdopodobieństwa wymyśliłoby coś lepszego...

Ratuszowa ekipa promocyjna się zmieniła, zmieniły się też koncepcje. Maciej Rytczak, nowy szef Wydziału Kultury, Promocji i Turystyki UM w Olsztynie postawił na zieleń, ogród i ujednolicenie systemu identyfikacji wizualnej miasta. W 2009 roku odbyły się dwie z trzech zaproponowanych przez Eskadrę imprez (przeszły bez większego echa - pozytywnego, bo negatywne echo było spore...). Urzędnicy, którzy przyjęli strategię krakowian złożyli wniosek o unijne dofinansowanie organizacji wszystkich trzech imprez w 2010 roku. Pieniądze zostały przyznane. Jednak mimo początkowych zapewnień, że Olsztyn z dwojga złego woli wziąć 600 tys. złotych i zorganizować po raz drugi i ostatni niepopularne pomysły Eskadry, z dotacji zrezygnowano. W końcu tylko krowa nie zmienia zdania.

W propozycjach odpowiedzialnych (warto podkreślić to słowo) za promocję stolicy Warmii i Mazur urzędników ratusza na przyszły rok, znalazły się więc nowe/stare propozycje imprez, mających (ciągle przecież się to powtarza) przyciągnąć do miasta rzesze turystów i zrobić "duży hałas" o Olsztynie, który pójdzie w Polskę i świat:

- styczeń: Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy (to nie pomysł urzędników tylko Jurka Owsiaka - dobrze, że miasto się w to włącza, ale marzy mi się coś przez duże "C" a nie jarmarczny festyn),
- luty: urodziny Kopernika (w szkole uczono mnie, że Mikołaj Kopernik urodził się w Toruniu... czyżby coś się zmieniło?),
- marzec: Wiosna zaczyna się w Olsztynie (zapowiadam kolejny niewypał - impreza plenerowa w marcu? Radzę ubrać się ciepło, fekwencji dużej, nawet średniej nie przewiduję),
- kwiecień: "Copa Copernicana" (bitwa Olsztyna i Torunia - w czasach budowania powszechnej zgody, współpracy i dialogu bitwa? Może poobrzucamy się przy okazji piernikami i zapiekankami?)
- maj: Kortowiada, pogrzeb Kopernika (brawo za zestawienie! Nie wiedziałem, że z pogrzebu można uczynić imprezę... szkoda, że Kopernik już nie żyje, z pewnością potańcowałby na swojej stypie),
- czerwiec: Skandia Maraton Lang Team (czyli Czesława Langa otarcie olsztyńskich łez po Tour de Pologne - o ile pamiętam, to w zeszłym roku po imprezie długo musieliśmy czekać na posprzątanie Lasu Miejskiego. No ale sport to zdrowie, może przeniesiemy akcję Sprzątanie Świata na czerwiec - dwa w jednym: ruch i porządek),
- lipiec: imprezy związane z 600-leciem bitwy pod Grunwaldem (z tej okazji w Olsztynie postawimy drogowskazy i wszyscy już będą wiedzieli "Którędy na Grunwald?"),
- sierpień: Festiwal: "Olsztyn. Naturalnie" (żebyście widzieli moje "łzy radości" kiedy dowiedziałem się o wyborach "Miss mokrEKO podkoszulka" - liczę na występ dziewcząt w opakowaniach recyklingowych, aluminium a może nawet w ściółce leśnej. Proponuję jeszcze konkurs poszukiwania najbardziej nieprzyjaznych turystom miejsc nad jeziorami),
- wrzesień: Bieg Jakubowy (pod hasłem przewodnim: "Kto szybciej do wyborczej urny"),
- październik: urodziny miasta (jeśli mają być takie, jak w tym roku, to z pewnością będą to najsmutniejsze urodziny w historii czegokolwiek),
- listopad: kwesta na rzecz starych cmentarzy (słuszna idea, popieram, tylko kto zajmie się restaurowaniem zapomnianych i zabytkowych grobów?),
- grudzień: II Warmiński Jarmark Świąteczny (zapewne ze sztucznym lodowiskiem i karuzelą, którą przejażdżka przy kilkustopniowym mrozie będzie nie lada wyzwaniem i atrakcją. Może udajmy, że zimy nie ma i zainstalujmy wielkie wesołe miasteczko?).

Jak widać pomysłów jest sporo, zaskoczeń jeszcze więcej, nie mówiąc już o komentarzach. Parafrazując słowa J. Stuhra "wymyślać każdy może" - w następnym wpisie przedstawię swoje propozycje. Jak szaleć, to szaleć :-]

środa, 2 grudnia 2009

Siła i bezsilność marki


Marka to zbiór cech mający na celu zbudowanie jednolitego wizerunku czegoś - produktu, miejsca, człowieka. Chodzi tu również o reputację, czyli zespół opinii na temat przedmiotu marki. Jeżeli jest ona dobra, trwała i z tradycją, marka osiągnąć może wysoką wartość. Jakie są (bo mimo licznych części wspólnych są) jednak różnice pomiędzy marketingiem terytorialnym a promocją produktu?

Marketing terytorialny boryka się z szeregiem problemów, których nie mają pracownicy agencji reklamowych i kreatywnych. Przede wszystkim ze społecznym odbiorem, który ostatnimi czasy stał się badziej krytykancki niż zazwyczaj. Musi zmagać się z możliwą "niestabilnością ideową" - strategie promocyjne miast, nie będące przyjętymi w drodze uchwał rad miasta mogą być po przegranych wyborach uznane za niechcianą i zbyt mocno kojarzącą się spuściznę poprzedników. Rodzi to chaos, niespójność i promocyjny bałagan, który na pewno miastu jako marce nie służy. Dochodzi jeszcze charakterystyczny dla mniejszych miejscowości i miejsc brak tzw. tożsamości w rozumieniu marketingowym. Brak unikalnych cech odróżniających miasto X od miasta Y, które ma podobną liczbę mieszkańców, podobne położenie, podobne sukcesy i porażki.

Marka to jak wspomniałem, w najpełniejszym ujęciu ciąg skojarzeń. Bo marka terytorialna osadzona jest zawsze w kontekście: kulturowym, przestrzennym, gospodarczym. Często staje się to przekleństwem miast, bardzo rzadko ich "błogosławieństwem". Agencje stają na głowie, by np. przekopując historię, analizując socjologiczny portret miasta wydobyć coś, co osadzi właściwie promowaną markę i przyciągnie do niej pozytywne skojarzenia. Miasto osadzone w wiecznym kontekście ma także mniejsze możliwości by bronić się przed negatywnymi komunikatami, przed niechwalebnymi wydarzeniami, przed tym, na co w istocie rzeczy miasto-jako władza nie ma wpływu. Tysiące codziennych zdarzeń generowanych bezwiednie wpływa na markę terytorialną. Tym trudniejsze jest więc stworzenie odpornego na nie wizerunku miasta. Do wyżej wymienionych trudności dodać jeszcze należy slogan, który musi być: prawdziwy, rzeczywisty (miasto to nie produkt, który możemy po jakimś czasie poddać relaunch-owi) i wyróżniajacy promowane miejsce. Prace nad nim, to jak wybór fryzury w salonie fryzjerskim - wybieramy tą, w której nam dobrze, ale nie każdą da się na naszej głowie wyczarować. Przesada grozi ośmieszeniem. Chyba, że zainwestujemy we wzmocnienie kontekstu, który powie innym, że nasza fryzura to nowa jakość.

wtorek, 1 grudnia 2009

I my kiedyś zrealizujemy takie marzenie...

Beyonce Knowles zaśpiewała specjalnie dla chorej dziewczynki swój przebój "Halo". I nasz olsztyński oddział gotów jest do spełniania takich próśb, więc - kochane dzieciaki - niech wyobraźnia nie krępuje Waszych marzeń :-)

[kiepska wersja, ale emocje pierwsza klasa]

piątek, 27 listopada 2009

Antypromocja olsztyńskiej uczelni


zdj: student.wm.pl

W społeczeństwie niż demograficzny, więc uczelnie wydają duże pieniądze na swoją promocję wśród maturzystów. Liczy się wszystko - ciekawa oferta edukacyjna, kadra pełna autorytetów różnych dziedzin, nowoczesna i dobrze wyposażona baza dydaktyczna oraz coś, co określa się mianem "przyjaznej uczelni".

Mijają czasy, kiedy studenci wszystkich niemal wydziałów skarżyli się na nieprzyjemne i nieżyczliwe "panie z dziekanatu". Uczelnie wzięły sobie to do serc, i realizowały nawet kursy z zakresu... obsługi klienta dla swoich pracowników administracyjnych. Dało to efekt, bo coraz rzadziej można usłyszeć o "wrednej jędzy" albo "głupiej zołzie".

Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie zapomniał chyba o tym, że "jak Cię widzą, tak Cię piszą", i że o swój wizerunek trzeba dbać zawsze, nie tylko podczas akcji promocyjnych i kiedy "przyjedzie telewizja". W sieci pojawiło się bardzo ciekawe zdjęcie, które mnie rozbawiło do łez, a wielu być może poważnie zasmuciło. Oto traktor z przyczepą, na której... sterta prac dyplomowych absolwentów (tak myślę) tejże uczelni. Przykre...

Podobno to element przeniesienia części zajmujących półki wydziałów i dziekanatów prac do uniwersyteckiego archiwum. Ale dlaczego wybrano taką formę? Czy naprawdę nie dało się tego zrobić z szacunkiem dla bądź co bądź czyjejś pracy? Może i pośród tego stosu znajduje się i moja? Po co wymaga się pozostawienia jednego egzemplarza pracy dyplomowej na macierzystej uczelni, skoro potem traktowane są one jak wożone tym samym traktorem liście? Gdyby zapewne chodziło o mało popularne publikacje naukowe doktorów i profesorów, kadra byłaby oburzona a do transportu ich dzieł udałoby się znaleźć choćby dostawczy samochód. Dla absolwentów już niestety zabrakło kreatywności, ludzkiego podejścia do sprawy i poważnego traktowania ludzi, którzy spędzili na UWM-ie kilka lat.

I nie ma się co dziwić wizerunkowi olsztyńskiego uniwersytetu, jaki funkcjonuje w Polsce: Uniwersytet Wiejsko-Miejski, Wielkich-Marzeń i Wielkiego-Melanżu.

niedziela, 22 listopada 2009

Wódko pozwól... zrobić super klip

Product placement w filmach to już niemal standard. Codzienność nawet, bo nadeszły czasy kryzysu, który dosięgnął także branży filmowej. Nie inaczej jest w produkcji wideoklipów. Muzycy, chcąc przedłużyć żywotność swojego przeboju, nagrywają teledyski, które docierają do ich "klientów" dodatkowymi kanałami komunikacji, bo to nie tylko telewizja, ale także ekrany ustawione w klubach i punktach handlowych. Dzięki temu zwiększają się szanse na dłuższe funkcjonowanie piosenki wśród słuchaczy, na listach przebojów, a co za tym idzie, na większe zyski i popularność artysty.

Żeby jednak taki wideoklip zapadł w pamięć, i podniósł albo wyzwolił nowe wrażenia estetyczne po jego obejrzeniu, musi być bardzo dobry. Znakomity może niekoniecznie, bo bardzo często owe teledyski nie są popisem sztuki reżyserskiej. Są umiejętną kompilacją obrazu z dźwiękiem, przy wykorzystaniu nowoczesnych, czasami niestandardowych ujęć lub motywów. A na to potrzeba oczywiście pieniędzy. Z pomocą artystom i reżyserom ich wideoklipów przychodzi reklama, a konkretniej product placement. Dla marketingowców to kolejny, dobry, mało inwazyjny (choć jak się za moment będzie można przekonać - nie zawsze) kanał dotarcia do potencjalnego klienta, skojarzenie marki z pozytywnymi doznaniami, np. muzyką i radością, zasymilowanie jej z danym artystą na dłużej (to taka forma współczesnej, marketingowej symbiozy, gdzie dany wokalista/wokalistka staje się tzw/ ambasadorem marki).

Oglądając najnowszy klip Lady GaGi, kreującej się na niemałą skandalistkę Szwedki, przyznać trzeba, że product placement nabiera chyba wyrazu, obycia i dojrzałości. Jest o wiele lepszy (czytaj: lepiej wkomponowany) niż w klpie do utworu "Love Game". W teledysku do piosenki "Bad Romance" wódka Nemiroff pojawia się często (siedem razy), ale taktownie. Cały obraz jest świetnie wyreżyserowany, wartości produkcji dodają stroje, które podobno Lady GaGa zaprojektowała sama, a które wyglądają jak z XXII wieku albo z innej planety. Na takie wideoklipy w Polsce pewnie jeszcze poczekamy.

Nasuwają się jednak dwa pytania: czy producent ukraińskiej wódki Nemiroff będzie miał wymierne korzyści z tej inwestycji i czy doczekaliśmy czasów, kiedy wideoklipy będą po prostu reklamami wykorzystującymi najnowsze utwory muzyczne? Na pierwsze pytanie można spokojnie odpowiedzieć, że tak. Alkohol na pewno stanie się bardzej rozpoznawalny, bardziej pożądany (skoro leje się na stole szwedzkiej piosenkarki) a jego producent wykorzysta zgrabną Szwedkę w celach promocyjno-marketingowych Nemiroffa.

Poniżej krótka lista przykładów mniej lub bardziej nieudanego product placement w wideoklipach.